Przystanek Jezus 2015 (Kostrzyn nad Odrą, 26 lipca – 2 sierpnia 2015 r.)  
Jezus chodzi po Woodstocku

W tym roku po raz pierwszy uczestniczyłam w Przystanku Jezus. Nie było to nigdy moim marzeniem, aby uczestniczyć w ewangelizacji na polach Woodstockowych, co więcej, kiedy 5 lata temu dziewczyna z Terezjańskiego Apostolstwa Ufności zapraszała mnie do wspólnego wyjazdu, byłam z jednej strony zaskoczona, z drugiej zaś rozśmieszona jej propozycją. Woodstock, to przecież akcja dla heroldów i herosów wiary, osób szalonych, które nie boją się ryzyka i pójścia na całość. Tak wtedy myślałam. Jednak Pan Bóg przeprowadza zawsze swój plan i zamierzenia w stosunku do tych, których wybiera, aby pokazać, że „moc w słabości się doskonali”, aby na „Jego słowo zgięło się każde kolano, a wszelki język wyznał, że Jezus jest Panem”.

Moja historia tegorocznej posługi na polach Woodstocku rozpoczęła się od nieustannie przynaglającego mnie zdania papieża Franciszka: „Idźcie na peryferie miast…”, aby szukać i ocalić to co zginęło. To przynaglenie, które rozbrzmiewało w moim sercu i w uszach, powoli nabierało mocy i urzeczywistniało się w splocie kolejnych wydarzeń. Nagle wpadł mi w ręce audioobok ks. Rafała Jarosiewicza: „Miłość chodzi po Woodstocku”, do której już kilkakrotnie przymierzałam się aby jej odsłuchać. Tym razem z rezultatem. Chłonęłam treść tego, czym dzielił się ks. Rafał, swoim doświadczeniem posługi na Woodstocku i paradoksalnie im dłużej słuchałam, tym bardziej byłam przekonana o swojej niemocy i nieudolności postawienia swoich stóp na tych polach, wśród tych ludzi. Potem podjęłam wyzwanie, które było preludium do Woodstocku, aby wziąć udział w ewangelizacji na Polach Lednickich. Czas przygotowania do tej posługi to skrócona wersja posługi ewangelizacyjno - kerygmatycznej, jak głosić i mówić o Jezusie. Bez tego czasu nie wyobrażam sobie wyjścia na pole. One wzmocniły we mnie pragnienie aby wszyscy poznali Boga, aby nikt nie zginął. Przeogromna moc, która płynęła z wieczorów chwały, w których wielbiliśmy Jezusa przygotowała moje serce do posługi. Tam też na polach Lednickich wśród ewangelizatorów spotkałam osoby, które jeżdżą co roku na Przystanek Jezus. Ich świadectwa i doświadczenia tego czasu były niezwykłe, a sposób w jaki mówili o tej posłudze dawał mi pewność i przekonanie, że tam dzieją się rzeczy niesamowite, wymykające się z ludzkiego postrzegania, tam po prostu pole zalane jest łaską. Właśnie na polach Lednickich otrzymałam kilkakrotną zachętę i zaproszenie na Przystanek Jezus. Coraz bardziej przekonywałam się, że moja obecność tam jest pożądana. Mimo takiego nastawienia pojawiały się wciąż te paradoksy: nieudolność podjęcia tego wyzwania a z drugiej strony coraz większe pragnienie bycia tam. One przechodziły przez mój umysł z całą siłą i natężeniem, biorąc górę te pierwsze. W końcu po wielu zmaganiach i wewnętrznych przepychankach przyszedł kluczowy moment podjęcia decyzji. Wewnątrz serca zdecydowałam się, że chcę pojechać na Woodstock. Moi Przełożeni zgodzili się na mój wyjazd. Osobiście dla mnie takim ewidentnym znakiem, wręcz cudem, który potwierdził, że Jezus naprawdę chce abym tam pojechała było jedno wydarzenie. Czas zapisów na Przystanek Jezus kończył się z ostatnim dniem czerwca. Mój udział w zakonnych rekolekcjach miał przypaść na II serię, gdzie miałam tez posłużyć jako kierowca, zabierając inne Siostry na rekolekcje. Tak było już wcześnie ustalone. Po ludzku wszystko się poplątało, gdyż druga seria rekolekcji była w czasie Przystanku Jezus. I właśnie tu był cały problem, że terminy nakładały się na siebie. Kiedy Matka uświadomiła mi, że mój udział w tym roku w Przystanku chyba nie dojdzie do skutku, przyjęłam to z akceptacją, jako wolę Bożą. Powiedziałam tylko Jezusowi w cichości serca: „Jezu, jeśli naprawdę chcesz abym świadczyła o Tobie na polach woodstockowych i jeśli jest Ci miła moja posługa, uczyń jakiś cud, bo po ludzku jest nie do rozwiązania”. Cuda się zdarzają, naprawdę! Tego samego dnia, wieczorem otrzymałam maila od s. Danieli z Gioia del Colle, która podała, że potrzebuje się zabrać samochodem do Zamku Bierzgłowskiego na II serie rekolekcji. Kiedy odczytałam maila, prawie popłynęły mi z oczu łzy, że Jezus tak szybko wysłuchuje naszych próśb, i że sam bierze sprawy w swoje ręce. Ostatecznie ja pojechałam na I serie rekolekcji, a s. Daniela posłużyła jako kierowca, zawożąc Siostry na II serię, za co jej serdecznie dziękuję. To, tak mocne dla mnie doświadczenie było decydującym momentem i dało mi pewność, bez cienia wątpliwości, że Jezus, chce mojej tam obecności.

Podobno, każdy Przystanek jest inny, tak słyszałam z ust ewangelizatorów, którzy z roku na rok przyjeżdżają. Podobno na każdy oczekuje się inaczej, ale pozostaje jedna i ta sama – tęsknota. Dla mnie było wszystko nowe, świeże i tajemnicze. Z Warszawy jechałam autokarem wraz z warszawską wspólnotą Woda Życia. W autokarze poznałam s. Aldonę Misjonarkę Franciszkankę Maryi, która wprowadziła mnie w ten niezwykły czas, dawała dobre rady i była zawsze tam, kiedy jej po prostu potrzebowałam. To taki dobry Anioł Stróż, który przygarnął mnie na ten czas. Obok siebie miałyśmy rozbite namioty, byłyśmy w tej samej grupie, więc pierwsze lody niepewności zostały przełamane. W trakcie jazdy otworzyłam Pismo święte, a mój wzrok padł na tekst listu św. Pawła do Hebrajczyków: „Dzięki wierze ten, którego nazwano Abrahamem, usłuchał wezwania, by wyruszyć do ziemi, którą miał objąć w posiadanie. Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie. Dzięki wierze przywędrował do Ziemi Obiecanej, jako ziemi obcej, pod namiotami mieszkając z Izaakiem i Jakubem, współdziedzicami tej samej obietnicy. Oczekiwał bowiem Miasta zbudowanego na silnych fundamentach, którego architektem i budowniczym jest sam Bóg” (Hbr 11, 8-10). Tak i ja usłuchawszy wezwania, wyruszyłam, nie wiedząc gdzie, do „Ziemi Obiecanej”, mieszkając pod namiotami, z tymi, którzy oczekiwali tej samej obietnicy.

Po przybyciu pod kostrzyński kościół, gdzie mieliśmy swoją bazę przystankową szybko zarejestrowałyśmy się w biurze, otrzymawszy identyfikator, pomarańczowe koszulki, (na znak solidarności z zabijanymi chrześcijanami w Syrii) i przydział grupowy zaczęłyśmy rozbijać swoje namioty. Pole zaczęło zapełniać się namiotami. W mgnieniu oka rosła ich liczba, różnokolorowe, różnokształtne, jedno, dwu, trzyosobowe, aż po ogromne namioty wojskowe (takim wyposażeniem dysponują Siostry Szarytki, których jest najwięcej z Sióstr zakonnych). Atmosfera niesamowita, jedni drugim pomagają, uśmiechają się do siebie, zapoznają się, słychać stuk wbijanych śledzi, a potem autentyczne okrzyki: „Udało się, namiot stoi”. Ostatnie mocowanie lin i naciągnięć i można wprowadzać się do prowizorycznego domu – namiotu, gdzie przez najbliższe dni będziemy dzielić wspólny los, którzy oczekują „spełnienia się obietnicy”.

O godz. 19.00 mieliśmy pierwszą Eucharystię, która wprowadziła nas w tematykę tegorocznego Przystanku Jezus. Eucharystii przewodniczył bp Tadeusz Lityński, a homilię wygłosił bp Grzegorz Ryś, który w tym roku poprowadził również rekolekcje dla nas, potem dołączył do nas bp Edward Dajczak. „Rozmnożenie chleba miało jeden cel - postawić nam pytanie: co nas w życiu nasyci?" - mówił kaznodzieja. Od początku bp Grzegorz (Przewodniczący Zespołu KEP ds. Nowej Ewangelizacji) mówił o tym co ważne, aby pójść z Dobrą Nowiną do drugiego człowieka na pole woodstockowe.

Czas rekolekcji przygotowujących do wyjścia na pole obfitował w modlitwę, wyciszenie, uwielbienie oraz przeżywany wspólnie Sakrament Pokuty i Pojednania, bo jak mówił ks. Bp Ryś, „jeśli nie doświadczycie w sobie, że wy sami potrzebujecie nawrócenia, to nie wychodźcie na pole”. Najmocniejszymi słowami, które uderzyły mnie podczas tego czasu przygotowawczego były słowa księdza biskupa podczas jednej z konferencji: „Zły chce nas oskarżyć, ale nie może. Pan Bóg może nas oskarżyć, ale nie chce. Pan Bóg jest tym, który usprawiedliwia”. Usprawiedliwia abyśmy żyli i przynosili Mu chwałę.

Nasza posługa na polu owym rozpoczęła się we wtorek około godz. 17.00 przejściem korowodem na pole, do naszej przystankowej bazy (ogromnego namiotu), gdzie królował krzyż, ogarniający swoimi ramionami cały Woodstock. Tam po ceremonii poświęcenia i wspólnej modlitwie przy krzyżu rozpoczęła się, można powiedzieć druga część przystankowego doświadczenia – wyjście na pole woodstockowe, na którym już była znaczna część fanów. Dobieraliśmy się parami, bądź trójkami, zawsze kilka osób, nigdy w pojedynkę, strategia, raz dla bezpieczeństwa dwa dla wsparcia i umocnienia, wszak sam Jezus, posyłał swoich uczniów po dwóch. Od środy do soboty włącznie rytm naszych dni wyglądał tak samo: śniadanie, uwielbienie, Msza Święta, drugie śniadanie i do wieczora ewangelizacja. W międzyczasie obiadokolacja. Ewangelizatorzy ustalali sobie sami rytm. Niektórzy nawet z pola schodzili o 2 w nocy.

Wspomnę jeszcze, że od wtorku po południu, do końca trwania Woodstocku, w namiocie adoracji, cały czas był wystawiony Najświętszy Sakrament, bo to Jezus był Królem całego tego wydarzenia i do Niego należał ten czas. Tam nigdy nie zabrakło osób, choć były wyznaczone dyżury adoracji i modlitwy. Zresztą, każdy kto potrzebował umocnienia, z nas ewangelizatorów, schodził z pola i kierował swoje kroki do Tego, który jest Źródłem i Dawcą życia, pokoju, dobrych natchnień. A takiego umocnienia potrzebowaliśmy bo spotkania z naszymi przyjaciółmi, rozmowy były czasem wyczerpujące. Pierwsze kroki przed wyjściem na pole kierowaliśmy zawsze do Jezusa prosząc o Jego błogosławieństwa, opiekę i potrzebne słowo, które jest „mocniejsze niż miecz obosieczny”. Tam też kierowaliśmy pierwsze kroki, po naszym przyjściu z pola, do Tego, z którym dzieliliśmy się owocami i doświadczeniami wykonanego zadania. W klimacie głośnej, czasem wręcz przerażającej muzyki dochodzącej z małej i dużej woodstockowej sceny rodził się w nas nowy człowiek, przemieniony przez kontakt z ludźmi poranionymi, rozżalonymi, oskarżającymi Boga i Kościół. Spotkania, które przypominały nam, że łaska wiary jest darmowa, niezasłużona, że my jesteśmy szczęśliwcami dzierżąc w sobie dar, który otwiera nam drogę do wiecznych radości. Tam dopiero na placu można było doświadczyć i autentycznie dziękować Bogu za to wybraństwo, za to kim jesteśmy, w co wierzymy, za co jesteśmy w stanie oddać życie. Spotkania, które po ludzku czasem smuciły, a które z drugiej strony dawały autentyczną duchową radość.

Wszystkich nas było 800 ewangelizatorów z Polski i zagranicy: USA, Anglii, Francji, Niemiec, Turkmenistanu i Malezji. Wszystkim przyświecał jeden cel - zanieść Zmartwychwstałego Jezusa na pola odbywającego się równolegle Przystanku Woodstock. Spotkałam tam wielu wspaniałych, dobrych ludzi, zapalonych, kreatywnych ewangelizatorów, którzy prześcigali się w pomysłowości, czym i w jaki sposób przyciągnąć woodstockowiczów, animując rozmowę. Właśnie te przeróżne pomysły, dawały pierwszy krok w nawiązaniu dialogu. Była w tym moc, bo był w tym Jezus. Chodząc po polu woodstockowym wraz z klerykiem Przemkiem, a potem dwoma dziewczynami, przyglądałam się osobom, jak są niesamowicie różni, jak wielka jest w nich potrzeba zauważenia, jak ich oczy przemawiają, proszą o pomoc. Słuchając tych spojrzeń słyszałam: „Dajcie mi Boga”, „Chcę być szczęśliwy”, itp. Mnóstwo ludzi (600 tys.), to ogromna rzesza, których tylko Jezus mógł nakarmić. Dotarliśmy do tych, do których mieliśmy dotrzeć, niosąc posłanie. Wśród nich: młodzi licealiści, studenci, ministranci, rodziny z dziećmi, młodzi starzy, ludzie różnych zawodów i formacji: policjanci, lekarze, prawnicy, inżynierowie, striptizerki, tych których ja osobiście spotkałam. Każdy na swój sposób zaznaczał swoje istnienie: wystrzałową fryzurą, najbardziej skromnym strojem, dziwnymi rekwizyty, różnymi zaproszeniami wypisanymi na kartonach, z których dominowały „free hugs” tzn. „darmowe uściski”. Wykorzystywałam ten moment, i w tym uścisku mówiłam, jak bardzo Jezus kocha i szuka danej osoby. Widziałam zdziwienie w oczach, że osoba zakonna, kapłan zdolni są do takich gestów, że Kościół nie gardzi takimi jak oni. To chyba było dla nich ogromnym doświadczeniem i przełamaniem, aby zacząć rozmawiać. Najpiękniejszym osobiście dla mnie momentem podczas tych spotkań była końcowa modlitwa, którą wielbiliśmy wspólnie Jezusa, za to dzieło, którego przed chwilą dokonał. Za to, że przyprowadził nas do tych osób, że pozwolił im mówić, że po prostu zostali na zawsze zawierzeni w Bożą opiekę, choć tego, w tym momencie nie rozumieją. Taki jest nasz Bóg, Ten który się zniża i ofiarowuje.

W aurze całej tej atmosfery nie można pominąć i tego obrazu, który jest również kreowany, może zbyt mocno w prasie i telewizji jako jedno wielkie zło, całego tego wydarzenia. Owszem, było tam też coś z Sodomy i Gomory, również mnóstwo, całe morze lejącego się alkoholu, stoisk z piwem, aż do przesady. Pewnie i o dostęp do narkotyków też nie było problemu. Nie widziałam jednak osób, które po pijanemu leżały do nieprzytomności w krzakach, chuligaństwa i rozbojów. Za to słyszałam mnóstwo serdecznych pozdrowień, wyrazów autentycznej życzliwości, uścisków dłoni. Taki jest Woodstock. Atmosfera tego miejsca jest niebywała, jeśli zaakceptuje się tylko inność innych. Tam można doświadczyć otwartości na siebie nawzajem gdzie wszelkie bariery i ograniczenia tryskają. Niby nieznani, a jednak bliscy, nie różnicujący się ze względu na przekonania i styl. Taki nietypowy klimat mogli stworzyć, jak się wydaje tylko ludzie, którzy już nic nie mają do stracenia, którzy zdani są na siebie i na łaskę innych. Chodząc po Woodstocku zastanawiałam się również nad sobą, nad swoją tam posługą, nad moją akceptacją tej różnorodności. Czułam w sobie wielką odwagę i zapał, aby zaczepiać ludzi, podchodzić do nich, zaczynać rozmowę od banalnych spraw, a potem przechodzić do sedna, czyli głosić Zmartwychwstałego, który przecież żyje i Jest tu razem z nami. Rozmawialiśmy wszędzie, siedząc na krawężniku, w krzakach, przy polach namiotowych, na piasku, na polanie, przy prysznicach i kąpiących się osobach, podczas pochodu Hare Kriszna, w miejscach gdzie Duch Święty nas przynaglił, zresztą większego wyboru nie było. Szukałam mojego Jezusa pośród rozszalałej muzyki, tłumów woodstockowiczów, w spojrzeniach, gestach, ale też i trudnych sytuacjach. Mój Jezus był tam, a zaznaczał swoją obecność w sytuacjach, gdzie najmniej się Jego spodziewałam. Przechadzał się wraz z nami i czułam Jego obecność, jak czuje się wsparcie przyjaciela. Niesamowitym doświadczeniem tej posługi i w jakimś stopniu małych owoców tego czasu było wspólne uwielbienie jednego i Eucharystia drugiego wieczoru, wraz z woodstockowiczami, którzy zachęceni, zaproszeni przez nas podczas naszych spotkań przyszli do naszego namiotu, aby wspólnie się modlić, uwielbiać Boga, a potem przeżywać Eucharystię. Potężny śpiew naszej przystankowej piosenki: „Nasz Bóg jest Wielki, nasz Bóg jest silny, Boże nikt inny nie równa się Tobie. Nasz Bóg uzdrawia jest wszechmogący, nasz Bóg, nasz Bóg”, wyciskał w oczach łzy, kruszył serca i dawał nadzieję, że obudzi się w nich światło wiary i powrócą do Boga. Taki jest nasz Bóg: potężny w mocy, ale miłosierny, wszechmogący ale i bezsilny. Bóg który przywraca do życia.

Posługa na polu woodstockowym fizycznie, psychicznie i duchowo była wyczerpująca, ale dająca nieopisaną radość i satysfakcję z wykonanego dzieła, a my będący jak uczniowie siadający u stóp Jezusa i relacjonujący wykonane zadanie. Posługa już za nami, a w głowie wciąż krażą wspomnienia, obrazy spotykanych ludzi, zapamiętane twarze, miejsca, otoczenie rozmów, najśmieszniejsze sytuacje. Wiele ich było. Jesteśmy do siebie podobni, my ewangelizatorzy i oni z Woodstocku, bo my wszyscy jesteśmy dziećmi Tego samego Boga, naszego Boga. Zatem nie ma nas i ich, jesteśmy my razem.

Galeria zdjęć tutaj. Zdjęcia pochodzą ze strony: przystanekjezus

s. Dawida Prusińska